
Reżyser spektaklu „Dyrektor teatru” zauważa, że dzieła powstałe przed wiekami potrafią trafnie opisywać współczesność. Choć utwór W.A. Mozarta wystawiany w Warszawskiej Operze Kameralnej był satyrą na środowisko artystyczne swoich czasów, poruszone w nim problemy okazują się zaskakująco aktualne. Jakub Przebindowski podkreśla, że twórcy spektakli nadal często muszą godzić własne wizje z oczekiwaniami producentów, instytucji czy rynku. Oznacza to, że proces powstawania dzieła jest nie tylko aktem twórczym, lecz także wynikiem negocjacji, kompromisów i zależności finansowych.
„Dyrektor teatru” to pełna humoru, muzyki i scenicznej energii opowieść o świecie artystów, którzy – niezależnie od talentu, wieku czy dorobku – nieustannie walczą o swoją szansę, uwagę publiczności i miejsce na scenie. Inspiracją dla spektaklu stała się mozartowska śpiewogra „Der Schauspieldirektor”, powstała dokładnie 240 lat temu, będąca jednym z najbardziej zaskakujących i nowoczesnych eksperymentów teatralnych swoich czasów.
– Chociaż od wystawienia tego dzieła mija 240 lat, to problemy środowiska teatralnego i proces tworzenia spektakli są wręcz współczesne. Lata mijają, a mechanizm zostaje ten sam – mówi agencji Newseria Jakub Przebindowski.
Reżyser komedii muzycznej „Dyrektor teatru” zauważa, że współczesny artysta funkcjonuje w podobnych warunkach jak jego poprzednicy sprzed setek lat. Często priorytetem nie są gusta, tylko zależności i układy, a sztuka przegrywa z brutalną rzeczywistością finansową.
– Artysta często staje przed dylematem, czy tworzyć sztukę, której pragnie, czy taką, co do której może nie do końca jest przekonany, ale uwarunkowania finansowe, naciski ze strony producentów i „zewnętrzników” odgórnych sprawiają, że ulega namowom i podejmuje się tworzenia rzeczy nawet trochę wbrew sobie – mówi.
Jakub Przebindowski zaznacza też, że nawet najbardziej uznani artyści wciąż nie mają ugruntowanej pozycji i nie mogą pozwolić sobie na poczucie pełnej stabilizacji.
– Aktorzy i śpiewacy ciągle są w takim momencie życia, niezależnie od osiągnięć czy dorobku, że bardzo często szukają pracy, stają do castingów, przesłuchań, konkursów, są proszeni do zdjęć próbnych – mówi.
Reżyser przeniósł akcję sztuki do świata kina włoskiego lat 50. i 60. Jak wyjaśnia, inspiracja twórczością Federico Felliniego pokazuje, że największym wyzwaniem artysty często nie jest samo tworzenie, lecz mierzenie się z oczekiwaniami otoczenia, własnymi wątpliwościami i presją sukcesu.
– Zależało mi nie tylko na tym, żeby przybliżyć temat powstawania dzieła, ale też pokazać świat gwiazd kina włoskiego, których już nie ma. Kluczem dla nas, jeśli chodzi o inspirację do tworzenia, stał się Federico Fellini, bo tworząc np. film „Osiem i pół”, opowiadał o dylemacie artysty, o tym, jak reżyser nie umie napisać scenariusza i co się dzieje w jego życiu, ile myśli i wpływów zewnętrznych sprawia, że ten scenariusz w końcu powstaje. Ten film i ten artysta idealnie pasują do postaci dyrektora Franka, napisanej 240 lat temu przez librecistę – tłumaczy.
W spektaklu „Dyrektor teatru” Dorota Kamińska wciela się w Albertę Toro.
– To jest aktorka, która jest już troszkę passé i właśnie szuka pracy. Kiedy się dowiedziała, że jest poszukiwana nowa obsada do filmu, to przyszła, żeby starać się o rolę. Podczas przesłuchań prezentuje monolog z przeszłości, który kiedyś mówiła na scenie, i ma nadzieję, że jak dyrektor to usłyszy, to ją zaangażuje. I najpierw jest bardzo spolegliwa, że się zgadza na stawkę, jaką dyrektor proponuje, a potem jednak chce negocjować – mówi aktorka.
Dorota Kamińska cieszy się, że akcja spektaklu osadzona jest w złotej epoce kina, bo od lat niezwykle ją ona fascynuje i inspiruje.
– Znam historię kina i aktorki tamtej epoki, więc specjalnie nie musiałam się przygotowywać do roli, bo jest mi to bardzo bliski temat. Poczynając od Sophii Loren, te wszystkie aktorki są mi od zawsze bliskie, bo w tym zawodzie spędziłam już wiele lat i to jest mój krąg zainteresowania, więc nie musiałam za bardzo rozpoznawać tej dziedziny – mówi.
W przedstawieniu spotykają się aktorzy dramatyczni, śpiewacy operowi, muzycy i tancerze. Reżyser przyznaje, że tak różnorodny zespół pozwala stworzyć spektakl wielowymiarowy, bo pozwala przekraczać granice między gatunkami. Pojawiają się więc zarówno komediowe dialogi, jak i wirtuozowskie arie Mozarta, wykonywane w języku włoskim.
– To jest bardzo niezwykłe, nawet po części eksperymentalne spotkanie, z wielką korzyścią dla każdej ze stron. Możliwość wzajemnego podglądania się buduje bardzo ciekawe artystyczne napięcie między tymi grupami. Tutaj jest bardzo ciekawa fuzja tych wszystkich talentów i wierzę, że powstała z tego zupełnie nowa jakość – mówi Jakub Przebindowski.
– Pierwszy raz biorę udział w projekcie, który w zasadzie łączy cztery sztuki. Jest to pomysł przepiękny, ciekawy w odbiorze i bardzo się cieszę, że Kuba Przebindowski mnie do tego zaprosił. Praca jest inna niż zwykle, bo też zachwytów mamy tutaj dużo. Są fantastyczni śpiewacy, którzy przepięknie śpiewają, że aż otwieramy usta z wrażenia, jak tancerze tańczą, to robimy to samo. Obcowanie z tymi ludźmi, którzy tak pięknie potrafią wykonywać swoje zawody, jest urocze – dodaje Dorota Kamińska.
Spektakl jest wystawiany na scenie Basenu Artystycznego Warszawskiej Opery Kameralnej.
Źródło: Newseria








