
Dziennikarka podkreśla, że decyzja o zdobyciu Mount Everestu nie była kaprysem czy chwilowym impulsem. Ten trudny krok poprzedzony był bolesnymi wydarzeniami, które pozostawiły ślad w jej psychice. Martyna Wojciechowska postanowiła jednak pokonać swoje wewnętrzne blokady i udowodnić, że jeszcze na wiele ją stać. Rzuciła wyzwanie najwyższej górze świata, a ta wyprawa z jednej strony miała być motorem do żmudnej rehabilitacji, odległym celem, który pozwala „przesunąć horyzont”, z drugiej – próbą przepracowania straty, poczucia winy i żałoby.
Po latach podróżniczka patrzy na tamtą wyprawę z zupełnie innej perspektywy. Powrót pod Mount Everest stał się okazją do refleksji nad tym, jak bardzo zmieniło ją doświadczenie sprzed dwóch dekad.
– Mam wrażenie, że na Mount Evereście byłam wczoraj, zupełnie nie czuję, że minęło już 20 lat. Nie tak dawno temu wróciłam jednak pod Mount Everest, żeby spotkać się z nim jeszcze raz i to było niesamowite, jak spotkanie z dawno niewidzianym kochankiem. To był dla mnie impuls, żeby wrócić do wspomnień sprzed 20 lat, spojrzeć, kim byłam wtedy, a kim jestem dzisiaj, co się zmieniło, żeby wrócić do moich odręcznych notatek i żeby napisać książkę „Przesunąć horyzont. 20 lat później” – mówi agencji Newseria Martyna Wojciechowska.
Podróżniczka tłumaczy, że jej najnowsza publikacja opowiada nie tylko o zdobywaniu najwyższego szczytu Ziemi. To też inspirująca historia o tym, jak z osobistego kryzysu i odwagi zmierzenia się ze swoimi słabościami, lękiem i stratą może się zrodzić siła do przesuwania własnych granic i realizacji marzeń. Wojciechowska ma bowiem świadomość, że każdy człowiek mierzy się z różnymi osobistymi „Everestami” – chorobą, stratą, kryzysem zawodowym czy rozpadem relacji.
– Tutaj Mont Everest należy potraktować bardzo symbolicznie, bo to jest opowieść o tych wyzwaniach, z którymi wszyscy się w życiu mierzymy, o tych Everestach, które pokonujemy każdego dnia. Czasem mamy doświadczenie rozwodu, utraty pracy, choroby, śmierci kogoś bliskiego i każdy z nas toczy jakąś walkę. Ja czuję, że przez te 20 lat pokonałam wiele innych Everestów, nawet nie wiem, czy nie wyższych – mówi.
Martyna Wojciechowska wspomina, że pomysł na wyprawę w Himalaje zrodził się w bardzo trudnym momencie jej życia. Mimo wszelkich przeciwności i braku wsparcia postanowiła wejść na Dach Świata, by zmierzyć się ze swoimi słabościami i uporać z traumami.
– Zawsze uważałam, że moim powołaniem jest chodzenie po górach, natomiast w 2004 roku miałam bardzo ciężki wypadek samochodowy. Gdy byliśmy na zdjęciach do programu „Misja Martyna”, kierowca wpadł w poślizg. Mój przyjaciel operator zginął, a ja złamałam kręgosłup i dostałam od lekarzy wyrok, bo tak dzisiaj o tym myślę, że już nigdy nie wrócę do pełnej sprawności. Teraz już wiem, że cierpiałam z powodu depresji, nie znajdowałam powodu, żeby żyć i to był chyba najmroczniejszy okres w moim życiu. I właśnie wtedy zrodziła się we mnie potrzeba, żeby przesunąć horyzont – mówi.
Niewiele osób wierzyło wtedy w powodzenie tej wyprawy. Podróżniczka jednak na przekór wszystkiemu i wszystkim ruszyła przed siebie i udowodniła, że stać ją na wiele. Decyzja o zdobyciu Mount Everestu była symbolem sprzeciwu wobec ograniczeń narzucanych zarówno przez innych, jak i przez własny lęk.
– Gdy powiedziałam wówczas lekarzowi, że zdobędę Mount Everest, nie w tym sezonie, ale w przyszłym, to powiedział mi, że to jest niemożliwe. I to słowo tak mnie zmotywowało, że zrobiłam to, zdobyłam Mount Everest, a potem jeszcze wiele razy w życiu, tak się złożyło, zdobywałam kolejne Everesty. To są piękne momenty, kiedy możemy się przekonać, co tak naprawdę znaczy przesunąć horyzont,. Przesunąć horyzont to uwierzyć, że możesz więcej, niż myślisz i że możesz więcej, niż mówi ci świat – podkreśla Martyna Wojciechowska.
Źródło: Newseria









