
Największy sukces była snowboardzistka odniosła na XIX Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Salt Lake City w 2002 roku, zajmując czwarte miejsce w slalomie gigancie równoległym. Była o krok od wywalczenia historycznego medalu i teraz, patrząc na wszystko z perspektywy czasu, ma świadomość, że gdyby wtedy podjęła ryzyko zmiany sprzętu na nowocześniejszy, prawdopodobnie stanęłaby na najwyższym podium zawodów.
Jagna Marczułajtis-Walczak trzy razy startowała na zimowych igrzyskach olimpijskich: w Nagano (1998), w Salt Lake City (2002) i Turynie (2006). Każdy występ przyniósł jej inne emocje i doświadczenia.
– Miałam zaszczyt trzykrotnie startować na zimowych igrzyskach olimpijskich. Dla zawodnika to jest święto sportu. Czeka się na to cztery lata i te starty zawsze są wyjątkowe. Dla mnie każdy z tych startów był inny, bo jednak cztery lata to jest szmat czasu i z młodego, nieopierzonego zawodnika człowiek staje się dojrzałym, który jest w światowej czołówce. Bardzo miło wspominam zwłaszcza udział w Salt Lake City w 2002 roku, gdzie otarłam się o medal, zajęłam wtedy czwarte miejsce – mówi agencji Newseria Jagna Marczułajtis-Walczak.
Tamte chwile była sportsmenka wspomina z dużym sentymentem. Był to bowiem jej najlepszy wynik olimpijski i złotymi zgłoskami zapisała się na kartach polskiego snowboardu. Do tej pory żadnemu polskiemu zawodnikowi nie udało się powtórzyć tego sukcesu.
– Te wspomnienia przy każdych igrzyskach odżywają i to czwarte miejsce nadal pozostaje najlepszym wynikiem w polskim snowboardzie od 2002 roku. Mimo że mieliśmy wielką medalową szansę za sprawą Aleksandry Król, nie udało się jej przejść nawet do półfinału, co pokazuje, że snowboard i w ogóle sport jest piękny, ale nieprzewidywalny. Dzięki temu takie widowiska jak igrzyska mamy raz na cztery lata i one dostarczają nam wielu dużych emocji – mówi.
Choć 24 lata temu Jagna Marczułajtis-Walczak osiągnęła największy sukces w historii polskiego snowboardu na igrzyskach olimpijskich, to na mecie płakała ze smutku. Teraz zdaje sobie sprawę z tego, że gdyby przed startem w Salt Lake City zmieniła sprzęt, to sięgnęłaby po najwyższe trofeum.
– Jest takie znane zdanie: „nie ryzykujesz, nie jedziesz”, ale ja nie podjęłam ryzyka zmiany sprzętu tuż przed igrzyskami olimpijskimi. Wielu zawodników już wtedy wprowadzało takie płyty na deski snowboardowe, dzisiaj to jest już must have i każdy je ma. Ja wtedy nie zdecydowałam się na nie, nie chciałam zmieniać, bo to też wymagało dostosowania trochę techniki jazdy, więc postawiłam na to, co było stare i sprawdzone. I prawie zadziałało, prawie – podkreśla.
Była o krok od medalu, a wszystko przekreślił upadek na ostatnich metrach w rywalizacji. Ostatecznie zakończyła rywalizację na czwartej pozycji.
– Otarłam się dwa razy o medal, bo w półfinale najpierw wejście do dużego finału, a potem w małym finale w pierwszym przejeździe prowadziłam, ale niestety w drugim, właśnie przez to, że brakowało mi tych płyt, to poślizgnęłam się na własnym bucie. Byłam tak mocno wychylona na krawędzi, że pięta mojego buta dotknęła śniegu. I na to nie ma ratunku, choćby ktoś był nawet nie wiadomo jak dobrze przygotowany – dodaje.
Jagna Marczułajtis-Walczak tłumaczy, że niestety zdarzają się takie sytuacje, na które przy prędkości 50–60 km/h w skręcie nawet doskonale przygotowany fizycznie zawodnik nie jest w stanie zareagować.
Źródło: Newseria









